|
|
"Chcieliśmy mocno, ale nie weszliśmy..." - tak zaczął "wstępniaka" Atom :)) No i jest w
tym cała prawda... Wyprawy na czwarty pod względem wysokości w Tatrach - Lodowy Szczyt -
były aż (albo tylko, bo to jeszcze nie nasze ostatnie słowo :) dwie.
Pierwsza wyprawa odbyła się w
4-osobowym składzie: Adam z Zabrza, Pokemon z Gliwic,
Atom i Docent z Poznania. Dla nas (Atom + Docent) był to raczej sprawdzian, czy
jest możliwy weekend-owy wypad w Tatry ze zdobyciem szczytu (w końcu z Poznania, to bliżej
mamy do morza niż w góry... :). Okazało się, że nie jest to możliwe... ze względu na tak
ważny w wyprawach górskich czynnik, jakim jest CZAS. Samochodem na Łysą Polanę dotarliśmy
w nocy z piątku na sobotę koło godziny 1:00. Krótki nocleg w samochodzie, bo zaledwie
3,5-godzinny, po którym budzą nas koledzy Adam i Pokemon. Dalej samochodami do Smokowca
i tam już w górę do kolejnych schronisk. 8-godzinna jazda samochodem (z Poznania) i tylko
3,5 godziny snu dały się jednak we znaki. W schronisku Teryho (najdalej wysuniętym w
Dolinie Pięciu Stawów Spiskich) byliśmy dopiero koło 11:30, wychodziliśmy z niego koło 12,
a pod ścianą Lodowego byliśmy koło 14. O tej porze roku (połowa października) robi
się już dość wcześnie ciemno. 100-procentowa pewność co do powrotu ze ściany "o czołówkach"
w połączeniu z niezbyt łatwym terenem spowodowały, że jednogłośnie podjęliśmy decyzję o
odwrocie...
Drugi "atak" na Lodowy Szczyt nastąpił dwa tygodnie później - tym razem już tylko w
2-osobowym składzie (Adam + Docent). Hmmm... cóż... można by tutaj dużo pisać - wyprawa
była FANTASTYCZNA! Najlepiej jej krótki opis przedstawił Adam w liście do kolegi, który
brzmiał mniej więcej tak:
"Wyobraź sobie, że w ubiegłą niedzielę kolega z Poznania rzucił spontanicznie "Lodowy druga
próba!"... no i pojechaliśmy raz jeszcze. Do Starego Smokowca dojechaliśmy tuż przed 22:00,
zostawiliśmy samochód na parkingu przy Grandhotelu i w górę ! (a była już 22:15). Wyobraź
sobie minę parkingowego, gdy zapytałem, w którą stronę trzeba iść do kolejki na Hrebieniok...
(pierwsza odpowiedź: "ona już nie kursuje!" ... :))))). Dla większego bezpieczeństwa szliśmy
do góry drogą asfaltową (tak w ciemnościach idzie się szybciej, a poza tym niedźwiadki... :)
oświetlając ją czołówkami. Na Hrebienioku byliśmy w 30min...(rekord świata, zwłaszcza z
ciężkimi plecakami - mój miał ponad 30kg :)))... no i dalej do Zamkowskiej Chaty, gdzie
byliśmy o 23:30...(to chyba kolejny rekord tej trasy). Całą drogę rozglądaliśmy się za
misiem... :) ale wpadło mi do głowy (nie wiem dlaczego), że w tej części Tatr ich nie ma...
:))). Gdy dotarliśmy do Zamkowskiej "pocałowaliśmy klamkę"... już patrzyło nam w oczy widmo
noclegu na ławce przed schroniskiem (na której, nawiasem mówiąc, rano widzieliśmy szron :)),
gdy nagle... otworzyły się drzwi z drugiej strony budynku (zobaczyliśmy światło)... Okazało
się, że gospodarz schroniska wyszedł, żeby zobaczyć dlaczego pies pilnujący podwórka tak
strasznie ujada. Jak się później okazało - wczoraj właśnie odwiedził ich... niedźwiadek :),
uffff, ale mięliśmy szczęście... (dlatego też schronisko było zamknięte "na cztery spusty"
:). Rano o 5:30 pobudka i wymarsz (o 6:00)
do schroniska Teryho i pod Lodowy Szczyt.
Pod ścianą i "drogą Grosza" byliśmy przed 10. Droga wyglądała na łatwą, bo przecież to
tylko tatrzańskie III... :) ale (jak się później okazało) nie w takich warunkach.
W każdej szczelinie mnóstwo lodu... zbyt słaby, żeby oprzeć o niego punkty, a zbyt go
dużo, aby go ciągle odbijać od skał. Poza tym jak przypiekło Słońce (aż 3 stopnie ciepła),
to po skale płynęła ciągle woda... skała śliska jak k.... jego mać :))) - nie da się
normalnie "łoić". Ja ubezpieczam,
Docent łoi ścianę... najpierw w rakach, ale lód zbyt
kruchy, więc wyjeżdża spod nóg, potem bez raków, ale przyczepność nie ta, więc ubrał
na nogi "pantofle"... ale na mokrej nie wiele to pomogło. W między czasie próbował
rozbijać lód, aby dostać się do jakichś szczelin... znalazł dwa stare haki, jeden wbity
tak, że przez kolucho tylko rep przechodził, więc rep i ekspres. W czasie "robienia"
przewieszki zaliczył 3-metrowy lot :) - ten stary zardzewiały hak zadziałał... ufffff.
Przez 3h wyłoiliśmy... 30 metrów ściany!!!! ha ha ha:)))))) Mało nie przymarzłem do lodu
stojąc jako asekurujący... od czasu do czasu blok na linie i "taniec połamaniec" dla
rozgrzewki :)))))."
Myślę, że ten opis dobrze oddaje klimat tamtej (i nie ostatniej na Lodowy) wyprawy...
|
|