|
|
Na najwyższy szczyt Austrii Grossglockner (3798m) pojechaliśmy w sierpniu
2001. Do miejscowości Spittal dojechaliśmy pociągiem, a stamtąd (po skompletowaniu
całej - trzyosobowej ekipy) samochodem do Kals i na parking Lucknerhaus. Tam, po
krótkiej drzemce i przepakowaniu plecaków, ruszyliśmy w górę, w kierunku
schroniska Studle.
O 6 rano, po deszczowej nocy spędzonej w namiocie rozbitym obok schroniska,
ruszyliśmy w górę. Początkowa część drogi - po skałach, dalej przez lodowiec
Teischnitzkees. Teren wydawał się łatwy, a na horyzoncie nie widać było
szczelin. Cały czas szliśmy wydeptaną ścieżką. Pierwsza szczelina pojawiła
się w okolicy przełęczy Schere. Asekurując się jak należy,
przekroczyliśmy szczelinę, przeszliśmy przełęcz i weszliśmy na lodowiec
Kodnitzkees. Tu, dalej wydeptaną ścieżką, doszliśmy do
grani prowadzącej do schroniska Erzherzog-Johann Hutte (3454m).
Ze schroniska Erzherzog-Johann, przez lodowiec
Glocknerkees (niesamowite widoki), weszliśmy na grań szczytową. Początkowo
szliśmy bez asekuracji, ale w pewnym momencie uznaliśmy że jest ona konieczna.
Wykorzystaliśmy linę i ekspresy (dość liczne były stałe punkty asekuracyjne
w postaci metalowych słupków). Minęliśmy kilka zespołów schodzących ze
szczytu. Kiedy weszliśmy na Kleinglockner, pogoda zaczęła się psuć, a my
niespokojnie rozglądaliśmy za jakąś kolebą - tak na wszelki wypadek.
Widoczność spadła do kilku metrów, zrobiło się zimno. Nie podjęliśmy
jednak decyzji o odwrocie (tak jak to zrobili wszyscy, którzy szli za
nami) i ok. godz. 16 stanęliśmy na szczycie.
Na szczycie nie zabawiliśmy zbyt długo... Ponieważ zaczął padać śnieg,
po zrobieniu kilku fotek, zaczęliśmy schodzić w dół. I tu
usłyszeliśmy świst... To były nasze czekany i metalowe słupki na grani. W
oddali słychać było burzę. Jedyne co w takim momencie wymyśliliśmy, to
pozostawienie całego żelaziwa i schronienie się w najbardziej "ustronnym"
miejscu, jakie wcześniej wypatrzyliśmy. Przesiedzieliśmy tam chyba z godzinę
marznąc i wymyślając scenariusze dalszych działań. Wreszcie (przez jakiś czas
nie słyszeliśmy już świstu) podjęliśmy decyzje - idziemy dalej, bo nie zdążymy
przed zmrokiem. I poszliśmy, a raczej zjechaliśmy. Skała była juz lekko
zalodzona, wiec postanowiliśmy skrócić sobie drogę, zjeżdżając wszędzie tam,
gdzie było to możliwe. Najgorsze były tu chyba momenty podejścia (np.
przejście przez wąską i bardzo eksponowaną przełęcz Obere
Glocknerscharte, wejście na Kleinglockner). Kiedy
weszliśmy na lodowiec Glocknerkees, poczuliśmy lekką ulgę.
Po dojściu do schroniska Erzh.-Johann, nikt nie pomyślał nawet o
kontynuowaniu zejścia. Zostaliśmy tu na noc... (gdy powiedzieliśmy że
jesteśmy z Polski, zapłaciliśmy za nocleg taryfę ulgową :)
Następnego dnia
zeszliśmy do schroniska Studle i potem jeszcze niżej
do samochodu pozostawionego na parkingu Lucknerhaus.
|
|