|
|
Na wyprawę na
Gerlach przeznaczyliśmy w sumie 5 dni, a wszystko rozpoczęło się 14 grudnia.
Wcześniej opracowaliśmy krótki plan:
- dzień 1 (piątek): dotarcie do schroniska "Śląski Dom" na Słowacji;
- dzień 2 (sobota): mały "rekonesans" pod ścianę Gerlacha, obejrzenie drogi, przetarcie szlaku w śniegu i powrót do schroniska;
- dzień 3 (niedziela): właściwy "atak" na szczyt (przez Walowy Żleb na przełęcz Tetmajera i dalej granią);
- dzień 4 (poniedziałek): zapas na ewentualny "poślizg" w czasie (gdyby dnia poprzedniego nie dopisała pogoda);
- dzień 5 (wtorek): powrót do domu (koniec urlopu :(
Z dotarciem do schroniska nie mięliśmy większych kłopotów - początkowo tylko głęboki śnieg,
ale później już wydeptanym w śniegu szlakiem na górę do
"Śląskiego Domu". Po "aklimatyzacji"
i noclegu w ŚD, na drugi dzień, koło godziny 7-ej rano (nie spieszyliśmy się specjalnie... :),
pełni zapału i nadziei na dobrą pogodę, ruszyliśmy na
"rekonesans" pod Gerlach.
Nasz zapał jednak szybko ostygł, kiedy okazało się, że szlak z ŚD do Batyżowieckiego Plesa
jest zasypany po kolana (a miejscami nawet po pas :) bardzo puszystym i nie zmrożonym
śniegiem. Prawdziwa mordęga podczas przecierania tego szlaku - wtedy też zatęskniliśmy za
rakietami śnieżnymi... :) Tego dnia
udało się nam dojść do Batyżowieckiego Plesa, jednak
zmęczeni brnięciem w głębokim śniegu, wysmagani ostrą śniegową zadymką, postanowiliśmy na
tym etapie zakończyć pierwszy dzień. Zadymka, porywisty wiatr i głęboki śnieg sprawiły,
że droga pokonywana latem przez 1 godz. i 15 min., nam zajęła jakieś 3,5 godz. :)))
Później przejaśniło się trochę i już przy pięknej pogodzie
wracaliśmy do Śląskiego Domu.
Byliśmy jednak zadowoleni, że udało nam się przetrzeć szlak.
Na drugi dzień koło 3 nad ranem okazało się, że śnieżyca i bardzo silne podmuchy wiatru
skutecznie powstrzymały nas przed wyjściem ze schroniska. Taka pogoda (raczej dla samobójców
niż górołazów :)) utrzymywała się przez całą niedzielę. W nocy budziliśmy się co 2 godziny
i nasłuchiwaliśmy, nie wróżących niczego dobrego, podmuchów wiatru na zewnątrz.
Aura jednak nie zmieniała się - w dzień okropnie nudziliśmy się czekając na jakąś
poprawę...
W poniedziałek ok. 2 nad ranem śnieżyca ustała, a wiatr lekko się uspokoił.
Stwierdziliśmy, że może to być nasza ostatnia szansa na zdobycie szczytu Gerlacha w tej
wyprawie. Zapadła decyzja i koło godz. czwartej nad ranem wychodziliśmy na szlak.
Przyświecając sobie czołówkami darliśmy naprzód jak czołgi ! :)) Pozostałości śladów
(w większości już zasypane) pokazywały nam drogę. Pomimo nadal silnego wiatru i świeżego,
głębokiego śniegu, czas dojścia do Batyżowieckiego Plesa mieliśmy lepszy niż poprzednio.
Byliśmy tam prawie o świcie... Krótki odpoczynek, łyk wody i poszliśmy dalej - tym razem
już nie po śladach i przy kiepskiej widoczności... Dwa dość strome
podejścia w puszystym śniegu
po pas wykończyły nas zupełnie. Szliśmy jednak dalej już chyba tylko siłą woli,
poruszając się jakiś
1 metr na minutę... :)))
Pod Walowym Żlebem byliśmy dopiero koło godziny 13. Krótki postój, łyk wody pozyskanej
ze śniegu :) i "wbiliśmy" się w żleb. Po kilkunastu minutach zapadła decyzja (nie
jednogłośna, no ale cóż :)) o odwrocie... Ze względu na czas nie mięliśmy szans na powrót
z grani przed zapadnięciem zmroku...
Mimo, że nie udało się zrealizować wszystkich planów co do Gerlacha, to jednak zgodnie
stwierdziliśmy, że wyprawę możemy zaliczyć do udanych. Dostarczyła nam ona niesamowitych
wrażeń i nowych doświadczeń z wędrówki po górach w trudnych, zimowych warunkach.
Po raz kolejny przekonaliśmy się jak ważne w górach są: CZAS i POGODA :))
Drugi "atak" na Gerlach (zakończony pełnym sukcesem! :) odbył się w długi majowy weekend 2002 roku.
1 maja, w środę wieczorem, dotarliśmy do Śląskiego Domu. Tym razem zapowiadało się
pospolite ruszenie :) na Gerlach, bo zjawiło się aż 11 osób - reprezentacja całej Polski (Poznań, Wrocław, Lublin,
Zabrze, Tarnowskie Góry). Po krótkiej naradzie ustaliliśmy godzinę wyjścia
na 5 rano następnego dnia, przygotowaliśmy plecaki i poszliśmy spać.
Rano, wyjście
wyjątkowo
punktualne. Ruszyliśmy w 7-osobowym składzie, bo nie spotkaliśmy się na czas z 4-osobową ekipą, która spała w namiotach.
Pogoda zapowiadała się niezła, śnieg miejscami sięgający do kolan, ale
było to niczym w porównaniu do warunków z grudnia. W ok. 3 godziny dotarliśmy pod
Walowy Żleb.
Krótki odpoczynek, łyk wody, odrobina czekolady, raki, uprząż, zdjątko... i
dalej w drogę. Żleb
już całkowicie zaśnieżony, stromizna ok. 60 stopni - szło się dość ciężko.
Żleb wyprowadził
nas na Przełęcz Tetmajera. Stąd czekała nas już wspinaczka granią na szczyt.
Za plecami
mieliśmu szczyt Zadniego Gerlacha, a dookoła niesamowite widoki na niemalże
całe Tatry
(pułap chmur podniósł się i wzbił się ponad góry).
Krótki rest,
przygotowanie szpeju
i liny... i za moment Docent prowadzi pierwszy wyciąg na grani. Za Docentem
dwóch kolegów na "małpach",
Adam na "podwójnej" asekuracji, kolejni "małpiarze" i Atom zbierający szpej.
I tak prawie 6 wyciągów
do samego szczytu. Na przełęczy i dalej na grani towarzyszył nam cały czas
dość porywisty
wiatr. Jak łatwo się domyśleć szybkość 7 osób przemieszczających się na
dwóch linach nie
była zachwycająca. Czas oczekiwania na stanowiskach bywał makabrycznie
długi.
Szczyt Gerlacha osiągnęliśmy ok. godziny 18:30. Kilka fotek, odpoczynek i hasło
"spadamy bo zaraz
zrobi się ciemno". Droga zejściowa już nieco odmienna i na pewno szybsza. "Dupozjazd" Batyżowieckim Żlebem odbył się w tempie
błyskawicznym.
Trudniejsze momenty na tej drodze ubezpieczone są łańcuchami. Do
Batyżowieckiego Plesa
udało nam się dotrzeć przed zapadnięciem zmroku. Na Batyżowieckim Plesie krótki odpoczynek
połączony z
konsumpcją resztek "szturmżarcia" i dalej w drogę - już przy czołówkach. Do
schroniska dotarliśmy
ok. 22:00.
Potem już tylko radość z udanej realizacji naszych planów - Gerlach zdobyty!
Niestety barek w schronisku był już nieczynny... :)
|
|